Grzybobranie w Miedzichowie

Jesienią odżywają dwa polskie sporty narodowe. Pierwszym jest marudzenie na pogodę, drugim natomiast – organizowanie wypraw na grzyby. W tym roku my również skusiliśmy się pod koniec września na grzybobranie i daliśmy zaprosić na rodzinny wypad do lasu. W związku z tym nie nam przypadł wybór miejsca, gdzie się udamy. Korzystając zatem z wiedzy bardziej doświadczonych grzybiarzy (czasami warto zdać się na pokolenie naszych rodziców 😉 ) pojechaliśmy w okolice Miedzichowa (pow. nowotomyski), gdzie znaleźć można jedne z lepszych lasów pod kątem zbierania grzybów.

20170930_094118

A jak w ogóle rozpoznać dobry las na grzyby? To nie jest takie proste pytanie. Na pewno jednak ważne są skład gatunkowy drzew oraz struktura podszycia lasu. Brzmi skomplikowanie, ale zasadniczo chodzi o to, że najlepiej i najwygodniej szuka się grzybów w borach sosnowych. Tych na szczęście jest u nas sporo, szczególnie w zachodniej i północnej części regionu, gdzie nasadzone jeszcze przez niemieckich leśników równe rzędy sosen tworzą spore połacie lasu. Warto też zwrócić uwagę, co rośnie przy ziemi. Gęste krzaki, wrzosy czy wysokie trawy na pewno nie pomogą wypatrzeć grzybów. No i oczywiście jeśli grunt jest bardzo suchy, to jedyne co was czeka to miły spacer po lesie (co oczywiście również jest przyjemną perspektywą) 😉

20170930_083611

Na pewno część hardcorowych grzybiarzy, weteranów tej formy relaksu, puka się teraz w czoło, myśląc „co za durnie zdradzają swoje „grzybowe miejsca”. Powiedzmy sobie jednak szczerze, że dobre miejsca na grzyby to żadna tajemnica, o czym świadczyła liczba samochodów na leśnych parkingach. Poza tym, nie licząc pozyskania wsadu na wigilijną zupę grzybową, chodzi głównie o zabawę i kontakt z naturą, a nie przywiezienie hurtowych ilości grzybków 🙂

Muchomor czerwony

Ten akurat niejadalny – ale jaki piękny 🙂

A czy nasz wypad okazał się owocny? W sumie to tak, zwłaszcza, że dla Ani był to w ogóle pierwszy w życiu udział w grzybobraniu, a koszyk udało się jej napełnić. Fakt, że ślady pozostawione w lesie wskazują, że największe żniwa miały miejsce wcześniej. Pytanie tylko, czy to okoliczni mieszkańcy zbierali w ciągu tygodnia, kiedy to miastowi kursują pomiędzy domem a biurem, czy to właśnie tacy prawdziwi „zawodowcy” siedzieli w lesie już przed czwartą rano (w co w sumie można uwierzyć).

Koszyk z grzybami

Ostatecznie grzybów było znacznie więcej, ale zdjęcie jest z samego rana

No i trzeba przyznać, że jest to naprawdę super zabawa! Jeśli faktycznie nastawimy się na wypad „na grzyby”, a nie „po grzyby” to można się nieźle wkręcić w poszukiwania i potraktować wizytę w lesie jako swego rodzaju poszukiwanie skarbów. Coś jak tradycyjna wersja geocachingu, tylko że zamiast GPS jest spostrzegawczość i kawał kija do odgarniania liści.

Grzyb ukryty w mchu

Ten też niejadalny, ale za to jaki model!

Do tego te fantastyczne widoki, dźwięki i zapachy, których mieszkając w mieście rzadko się doświadcza. Wschód słońca pomiędzy drzewami, śpiewające ptaki (tudzież stukający dzięcioł) oraz zapach żywicy iglastych drzew. Niestety nie udało się wypatrzeć żadnej większej fauny, mimo że to taka pora, że sarny czy daniele powinny jeszcze być całkiem aktywne.

Co zjeść, co wypić?

No cóż, zaletą rodzinnego wyjazdu jest to, że w przerwie można spucnąć jedną ze słynnych maminych kanapek, w których ląduje w zasadzie wszystko, co akurat było w lodówce – od sera, przez kabanosa, po ogórka. Choć oczywiście zwyczajne sznytki lub szneka z cukierni tez dałyby radę. Zdecydowanie dobrym pomysłem jest zabranie termosu z herbatą lub kawą, jako że w lesie o 6 rano potrafi być zimno.

Ważniejszą kwestią był jednak obiad. Początkowy plan zakładał sprawdzenie knajpki w nieodległym Lwówku, jednak droga została zablokowana przez wypadek na drodze 92, trzeba było więc zmienić plany. Wybór padł na znaną nam już restaurację Chmiel i Wiklina w Nowym Tomyślu. W tej chwili to chyba najciekawsza propozycja w tym mieście. Trochę dziwi nas, że w miasteczku tej wielkości wybór knajpek jest dość wąski. W Chmielu i Wiklinie jest wszystkiego po trochu, więc zjecie i kotleta, i zupę gulaszową i pizzę. Na ogół taki mix potępiamy, ale wychodzi im nie najgorzej, porcje są duże, jedzenie świeże, więc na pewno nikt głodny nie wyjdzie.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s